świątynia Melpomeny

Podnosi się kurtyna: na scenie, Niestety, pojedynek.
Drugi ma na sobie brązowy płaszcz.
I ktoś wpada w śnieg, mówiąc „Naprawdę”.
Ale nikt nie trafia w sedno.

Siada przy oknie, zawinięty w szal.
O ile jest widok, jest odległość.
Cały pokój był wypełniony fortepianem.
Lekarz wchodzi i mówi: "Jaka szkoda…»

Zamieć za oknem wygląda jak wermiszel.
Ozięble, i dmucha w szczelinę.
Stacjonarne ciało. Niezasłane łóżko.
Z płaczem potrząsa nim za ramiona: “Michelle! Michelle,

Obudź się! Minęło dwieście lat! Bynajmniej
nawet ważne, co za dwieście! Ważny, Jaka jest twoja rola
grał! Kostiumy przegryzione przez kret!”
Michelle uśmiecha się i, przezwyciężenie bólu,

ręka do publiczności, jakbyś prosił o pożyczkę:
“Gdyby nie teatr, nikt by nie wiedział, co my
istniał! odwrotnie!” Z ciemności
publiczność odpowiada powściągliwym „hmy-hmy”.

marzec 1994

Oceniać:
( Brak ocen )
Podziel się z przyjaciółmi:
Józefa Brodskiego
Dodaj komentarz